Archiwum lipiec 2011


POWROTY KAMILSKIEGO
Autor: kamilskiii
20 lipca 2011, 22:25

Końce bywają początkami. Oto zatoczywszy kolejne, jak zwykle obszerniejsze, niż ostatnie koło - jestem w tym samym punkcie, co rok temu. Zmęczony otaczającym światkiem spakowałem pościel i kilka moich ciuchów, laptop wsadziłem do torby razem z masą oprzyrządowania i wróciłem do domu rodzinnego. Sezon ogórkowy. Przerwa. Spacja.Spokój nieskoszonych łanów. Niepowtarzalne światło wieczorem i jedyne na świecie niebo. Tylko ja. Bez znajomych, przyjaciół, wiecznie dryndającego telefonu. Mogę się skupić, pomyśleć. Praca - dom - praca. Czemu nie ma takiej oferty w żadnym z biur turystycznych? Przecież masa ludzi zgodziłaby się na takie półkolonie. Niedługo znajdę nowe pokłady siły i pożegluję niesiony falą mnóstwa spraw. Ale jeszcze nie teraz:)

Kamilskiego listopadowa chandra śródletnia...
Autor: kamilskiii
06 lipca 2011, 03:20

    Nie lubię, kiedy występowanie anomaliów pogodowych jaskrawie wpływa na moje samopoczucie. Listopadowa aura w lipcu niewątpliwie takową jest.

Nie lubię miewać chandry. Wtedy wszystko wydaje się być bardziej idiotyczne, niż jest w rzeczywistości. W dni takie jak dzisiejszy częściej myślę o tym, co nie wyszło, nie udało sie i "jak ja mogłem być tak głupi" wtedy, czy kiedy indziej. Wnioski wysnute w takich rozmyślaniach z zasady nie są krzepiące - oto ja, dwudziestokilkuletni niedoszły polonista(niegdyś z zapędami na Artystę) jestem robolem w miejscowym folwarku, mam za sobą kilka nieudanych związków(jeden bardziej nieudany od innego i w koło Macieju), nie mam przyjaciół, mam problem alkoholowy, żółte zęby, oponę wokół brzucha, beznadziejne mieszkanie, metkę wariata po epizodzie samobójczym(ech, romantyczne porywy serca) i tylko 5 dych do wypłaty. Chamieję z dnia na dzień, zmarnowałem życie, nie pojadę na misję do Afryki, nie zostanę wokalistą, ani reżyserem, ani nawet poetą.

Zakończywszy orkę na ugorze wszedłem do szatni. Zwykle sięgam desperacko po telefon badając, czy  świat aby nie zapomniał o moim istnieniu w ciągu ostatnich ośmiu godzin. Zwykle okazuje się, że istotnie, nie pamiętał. Dziś przyszły dwie wiadomości z cyklu : "niniejszym zawiadamiam, iż łaskawie zapytuję jak pędzisz żywot". Starannie zapakowałem calą chandrę w podręczną torbę i wyszedłem w cierpki mrok deszczowego wieczoru. Odpisałem dyplomacyjne "chuj wam do tego" eufenistycznie sprowadzając ów zwrot do słów "wszystko w porządku" i pognałem autobusem do
Centrum. Dzisiaj całe Kielce zdawały się mieć chandrę. Chodniki smętnie mokły bezbronne na aktaki hektolitrów wody, ogródki milczały wymownie jak nieodwiedzane cmentarze, latarnie świeciły tylko na pół gwizdka, ławki świeciły wymownie pustką. Pewnie popłakałbym się razem z wierzbami, gdyby nie zaproszono mnie na kawę. Otulony ciepłym światłem, z czarką czarnej w dloniach oddałem się potokowi słów splatających się jak włóczka na sweter pod dłońmi babci Ireny. Chandra umierała spokojnie w agonii, aż całkiem odeszła.